Pierwszy wpis z recenzją tytoniu fajkowego na stronie Polski Aficionado! Zapraszam do przeczytania recenzji tytoniu fajkowego Drucquer & Sons The Merry Monk.
Tak, strona ajapalefaje.pl została przeniesiona do Polskiego Aficionado. Decyzje o tym podjęliśmy biorąc pod uwagę, że – z racji niskiej dostępności tytoniu fajkowego w Kraju, recenzji pojawia się zbyt mało żeby utrzymywać osobną stronę. Dla mnie przygoda z cygarami zaczęła się od fajki tradycyjnej, po którą do dzisiaj sięgam częściej niż po cygaro. Stąd pojawienie się recenzji tytoniu fajkowego – i pewnie fajek w najbliższej przyszłości, na łamach portalu Polski Aficionado. Polski Aficionado to miejsce dla wszystkich osób zainteresowanych elegancką formą „spożywania” tytoniu.
Wielokrotnie widziałem i czytałem o tytoniach Drucquer & Sons. W trafikach w Stanach Zjednoczonych rozmawiałem z fajczarzami o mitycznych wręcz doznaniach powodowanych degustacją różnych mieszanek. Pech chciał, że nigdy nie było na stanie tego, który akurat chciałem spróbować. Polubienie się z mieszankami angielskimi sprawiło, że otworzyłem się na nowe smaki. I tak nazwa Latakia w opisie składu mieszanki przestała wywoływać u mnie obrzydzenie, a zaczęła może nawet wzbudzać ciekawość. Otwarcie się na mieszanki angielskie sprawiło, że zacząłem szukać na zupełnie innych półkach. Tak trafiłem na najnowszy wypust Drucquer & Sons The Merry Monk.
Kilka słów o Drucquer & Sons
Lubię wpisy dotyczące nowych – dla mnie oczywiście, producentów tytoniu, chociaż historia tej marki sięga 1841 roku. Wtedy to właśnie John Drucquer otworzył swój sklep z fajkami i tytoniem fajkowym w Londynie. Jako ciekawostkę dodam, że sam Charles Dickens swoje fajki kupował w sklepie Pana Dracquera. Podobno lubił też autorskie mieszanki sygnowane nazwiskiem właściciela. Myślę, że podobne historie dodają ciekawych smaczków. Na mnie działają na pewno. Kiedy sięgam po blend okraszony taką historią, mam wrażenie, że sam biorę w niej udział.
Lata mijały i podniebienia miłośników eleganckiej formy spożywania tytoniu stawały się co raz bardziej wymagające. Zauważył to potomek założyciela – John Drucquer III, który wyemigrował do Berkeley w Kalifornii w Stanach Zjednoczonych wyposażony w kilka receptur oraz nazwisko. Widziałem gdzieś w Sieci fotografię sklepu i myślę, że większość dzisiejszych fajczarzy – ze mną włącznie, chciałaby odwiedzić takie miejsce.
Dzisiaj marka to nie tylko kawał historii, bo przetrwała do dziś. Stało się to za sprawą innej znanej i cenionej postaci w fajczarskim świecie – Greg’owi Pease. Podobno to właśnie jego zauroczenie historią Dracquer & Sons sprawiło, że w ogóle zajął się tytoniem. To również dzięki niemu dzisiaj nadal możemy cieszyć się smakiem mieszanek Dracquer & Sons. Odtworzone dzisiaj blendy robione są przez Cornell & Diehl – podobnie z resztą jak blendy G.L. Pease.

Drucquer & Sons The Merry Monk
Najnowszy wypust marki Dracquer & Sons jest mieszanką angielską. W składzie blendu można znaleźć kompozycję jasnej i czerwonej Wirginii, cypryjskiej Latakii, St. James Perique oraz Black Cavendish. Sprasowana mieszanka dojrzewała zanim została pocięta na płatki. Tytoń sprzedawany jest w dużej, stugramowej puszce. Nie widziałem możliwości zakupy na wagę czy mniejszej puszki.
Opis od producenta
Tej nocy cudowny i egzotyczny zapach zmieszał się z aromatem ogniska. Wesoły Mnich przemówił: „Nazywa się to fajką wypełnioną tytoniem przywiezionym z odległych krain. Wszyscy możemy się poczęstować. Mówi się, że palenie wyostrza dowcip i poprawia humor”. Mężczyźni zebrali się, gdy zakapturzony brat rozdawał fajki. Praktyka przyjęła się i była tak przyjemna, że od tego wieczoru nazywano ich Braćmi Fajki.
Czerwone i jasne liście Wirginii doprawione są cypryjską Latakią i St. James Perique, a następnie ożywione białym Burleyem i czarnym przypieczonym Cavendishem. Ta pełna mieszanka, niemal skandalicznie bogata w smaki, jest dobrze sprasowana, następnie dojrzewa w blokach, a na koniec cięta na płatki.
Źródło: opis z etykiety znajdującej się na puszcze, tłumaczenie własne
Forma cięcia
Zdaniem producenta jest to płatek. Sam mam nieco inne zdanie. Po otwarciu oczom ukazuje się coś, co w najlepszym razie mógłbym nazwać połamanym płatkiem. Zdaje się, że tylko raz próbował płatek „odtworzyć”, ale bezskutecznie, dlatego szybko się poddałem. Kilka pierwszych nabić próbowałem palić bez szczególnego przygotowania, chociaż tytoń wydawał się ciut mokry. Dalsza praktyka – a miałem okazję całkiem dobrze z mieszanką się zapoznać, pozwoliła odkryć, że najlepiej smakuje dobrze rozdrobniony, roztarty w palcach. Tytoń faktycznie jest „mocno pracowano”, dlatego, że nie rozwarstwia się łatwo. Sto gram to całkiem sporo tytoniu, więc nie licząc kilku próbek, które rozdałem, wypaliłem go całkiem sporo. Na oko mieszanka raczej ciemna. Tylko gdzieniegdzie jaśniejsze pasma. Jak na moje oko „płatki” raczej grube – nie jest to Orlik czy inne, idealnie równo pocięte płatki, jakie zdarzało mi się popielić.

Zapach z puszki
Opisując otwarcie, z trudem powstrzymałem się przed dodaniem dwóch słów o aromacie. Mieszanka pachnie bardzo apetycznie. Zapach jest dość kremowy i klei się wręcz od słodyczy. Dopiero po chwili do nosa dociera charakterystyczny dla Latakii zapach wędzonki. Jest on jednak stosunkowo łagodny i przyjemny – być może za sprawą sporej dawki słodyczy.
Nabijam
Jak już wspomniałem, kilka prób utwierdziło mnie w przekonaniu o daremności chęci odtworzenia płatka z kawałków. Pierwsze próby nabijania bez wcześniejszego podsuszenia i rozdrobnienia, kończyły się niewielkimi problemami podczas pakownia niesfornego, przygrubego tytoniu do fajki. Dopiero odrobina doświadczenia pozwoliła znaleźć najlepszą metodę. Porcję tytoniu dobrze zostawić rozłożoną gdzieś na kartce jeszcze przed nabiciem. Następnie większe kawałki rozdrobnić, a całość wymiętosić i rozetrzeć w palcach. Tak przygotowany smakował i palił się najlepiej.
Smak
Po odpaleniu mieszanka smakuje przede wszystkim słodko, kremowo, nieco dymnie – z odrobiną drewna. Smak mieszanki dominuje Black Cavendish. St James Perique nadaje mieszance głębi i delikatnej ostrości, która przypomina słodko-ostre rodzynki. W trakcie kopcenia, pojawiają się mocniejsze nuty ziemi. Dymny pierwiastek wyczuwalny, ale w tym przypadku jest raczej dodatkiem niż motywem przewodnim. Delikatna Wirginia wyczuwalna jest zdecydowanie później. Jej smak nadaje mieszance odrobinę kwasowości, trawiastości i może ciut ziemistości. Jasna Wirginia pokazuje się mniej więcej przy końcu i objawia delikatnym owocowym posmakiem. Całość w odbiorze raczej łagodna, gładka i dobrze zbalansowana.
Pachnie słodko-dymnie. W aromacie odnalazłem zdecydowanie więcej wędzonki niż w smaku, chociaż i tutaj szybko przykrywa ją słodycz.
Moc mieszanki oceniam na średni-mocny, chociaż przez większość czasu poruszamy się raczej w średnich rejestrach.
Tytoń pali się wolno i nie zostawia dużo wilgoci. Po paleniu, trudno poznać, że w fajce palona była Latakia. Dodatkowo mieszanka spala się na piękny biały popiół.

Podsumowując
Mój pierwszy kontakt z tytoniami od Drucquer & Sons uważam za bardzo udany! The Merry Monk to smaczna angielska mieszanka, która charakteryzuje się bogactwem smaków i aromatów. Chociaż nie przepadam za Black Cavendish i od razu wyczuwam go na kilometr, w tym blendzie dobrze sobie poradził. Moim zdaniem pełnił rolę tytoniu cygarowego, który znajdywałem w podobnych mieszankach. Myślę, że liść cygarowy radzi sobie w tej roli – „kremowego wygładzacza”, znacznie lepiej, ale nie zmienia to faktu, że tytoń mi smakował i z żalem nabiłem ostatnią fajkę. Dzisiaj wiem na pewno, że tytonie od Drucquer & Sons zagoszczą w moim fajczarskim menu. Kwestia czasu.
Recenzowany tytoń kupiłem ze środków własnych.
Z dymem.
Mateusz Krzywiecki, @mateusz.krzywiecki, Polski Aficionado, @polskiaficionado



